Razem dla Tatr
Maciej Pinkwart

Pisarz, publicysta, wykładowca i nauczyciel, współpracownik wielu pism i stacji radiowych. Autor kilkudziesięciu książek o tematyce turystycznej i historycznej, w tym przewodników turystycznych po Zakopanem, a także kilku powieści i tomów wierszy. Kustosz zakopiańskiego Muzeum Karola Szymanowskiego w willi „Atma”. Członek kilku towarzystw społecznych i naukowych, wykładowca na kursach przewodnickich, współorganizator życia muzycznego w Zakopanem.

Z Tatrami jestem obyty od dziecka, przy czym przez pierwsze naście lat życia patrzyłem na nie z dala, związany bardziej z nieodległą Szczawnicą. Teraz, na starość, też patrzę na nie z dala, z Nowego Targu gdzie mieszkam i z Zakopanego, gdzie pracuję – jako że zdrowie już nie pozwala mi na zbyt dalekie wyprawy. Ale okres może najintensywniejszego przeżywania – wszystkiego – w moim życiu, czyli lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte, kiedy już pod Giewontem mieszkałem na stałe, to był jednocześnie okres najintensywniejszych kontaktów z Tatrami: turystyka, wspinaczka, narciarstwo, działalność ochroniarska i publicystyczna związana z tą tematyką… Łapałem wszystko, co mogło mnie wyrwać z miasta i pogonić w góry. Intensywność życia, która zawsze była moim udziałem, dawała się znieść w zasadzie tylko dzięki intensywności przeżyć, a tę zapewniały przede wszystkim Tatry. Jednocześnie Tatry dawały poczucie wolności i separowały od głupich ludzi, władz, zasad społeczno-ustrojowych… No bo wychodząc w góry siłą rzeczy zostawiało się na dole niskie sprawy. I to nawet nie chodzi o pięknoduchowskie poszukiwanie wzniosłości: w Tatrach trzeba było się skupić na sprawach podstawowych: wejść, zejść, nie spaść, przeżyć. Ilość spraw, z którymi TAM się miało do czynienia radykalnie się zmniejszała, ale za to wzmagała się, także radykalnie, ich jakość i ważność.

Zawsze szukałem w Tatrach przeżyć przede wszystkim estetycznych, sportowe mnie kompletnie nie interesowały. Może na zasadzie lis i winogrona – sportowiec ze mnie kiepski i niedaleko wyszedłem poza brydżowe turnieje w parach. Sport w parach to było zresztą moje najciekawsze hobby… Jedynym wyjątkiem było narciarstwo – i zjazdowe, i turystyczne. Ale przestało mnie bawić w momencie, gdy czas oczekiwania radykalnie przewyższył czas jeżdżenia…

Tatry – choć długo nie wiedziałem dlaczego – były dla mnie górami przede wszystkim symbolicznymi. Potem poznałem ich obecność w kulturze, w twórczości, ich inspiracje artystyczne… I może dlatego zawsze uważałem, że największym nieszczęściem jest powszechność dostępu do Tatr – dla tych, którzy traktują je jak boisko, połączone z gigantycznym śmietnikiem, których nieraz musiałem prowadzić w góry i którzy wykrzykując swe wyrazy podziwu dla byle kwiatka, potrafiliby zdeptać świstaka, gdyby przypadkiem świstak dał im się zaskoczyć. I którzy oblewając się potem, wbiegali na Giewont, oglądając go wyłącznie przez obiektyw swojego cyfraka, a potem wyrażali mi swoją zazdrość, że mam to na co dzień, a kończyli swoje za głośne zachwyty stwierdzeniem:

- Pan to musi bardzo kochać Tatry!

Na szczęście nie muszę. Miłość pod przymusem nigdy się nie udaje. I dlatego mogę je kochać, bo je podziwiam, szanuję i trochę znam.

Nasze serwisy:
tanie noclegi zakopane | wizytówki Zakopane | Noclegi Biały Dunajec | Ciąża tydzień po tygodniu